Łodzianie z pasją. Urodzony do biegania z psami.
środa, 17 grudnia 2025Są sporty, w których liczy się wyłącznie wynik. I są takie, w których najważniejsza jest więź. Canicross bez wątpienia należy do tej drugiej kategorii. To dyscyplina, w której człowiek i pies tworzą jeden organizm, połączony nie tylko liną i pasem biodrowym, ale przede wszystkim zaufaniem. Właśnie tą drogą od lat biegnie Bartłomiej Sobecki – sportowiec z okolic Koluszek, który pokazuje, że województwo łódzkie ma wyjątkowego człowieka pełnego pasji, determinacji i serca do sportu oraz swoich czworonożnych partnerów.

Bartłomiej na co dzień trenuje w Gałkowie Małym. Od ponad 20 lat biega samodzielnie, a psy towarzyszyły mu w domu od dzieciństwa. Miłość do biegania z husky przyszła jednak nieco później i – jak sam przyznaje – zupełnie przypadkiem. W 2006 roku trafił do sklepu, w którym spotkał osobę biegającą z psami. Z ciekawości zaczęło się coś, co dziś jest jego sposobem na życie. Pierwszy start z psami miał miejsce w 2007 roku na dystansie pięciu–sześciu kilometrów. Kilka lat później, w rodzinnie zapadła decyzja o zakupie pierwszego psa z myślą o sporcie. W 2014 roku do rodziny dołączył Demon. Od tego momentu wszystko nabrało tempa.

Dziś Bartłomiej startuje głównie w canicrossie oraz innych dyscyplinach sportów zaprzęgowych bez śniegu. Na swoim koncie ma złoty medal i tytuł Mistrza Świata WSA w canicrossie, a także srebrny medal Mistrzostw Świata Psich Zaprzęgów wywalczony wspólnie z psem Marleyem. To właśnie dzięki tym sukcesom Koluszki „zaistniały na świecie” w tej niszowej, ale niezwykle wymagającej dyscyplinie.

Canicross polega na bieganiu z psem, który biegnie przed zawodnikiem i aktywnie go ciągnie. Człowiek przypięty jest do psa specjalnym pasem biodrowym i amortyzowaną linką. – Bez zaufania nic by z tego nie wyszło – podkreśla Bartłomiej. – Gdy jadę na sportowej hulajnodze i wchodzę w zakręt z dużą prędkością, pies musi być doskonale wyszkolony i rozumieć komendy. „Lewo” naprawdę musi znaczyć lewo.
Jego drużyna składa się z czterech husky: Demona, Rasty, Dastiego i Marleya. To psy z linii sportowej, oprócz Demona, któremu i tak nie brakuje ducha walki i jak mówi ich opiekun – zawsze mają ochotę biec. Husky kochają ciągnąć, kochają ruch i adrenalinę. W szczycie formy potrafią osiągać prędkości około 30 kilometrów na godzinę, a chwilowo nawet blisko 40. Gdy Bartłomiej i Rasta byli młodsi, pierwsze kilometry potrafili biegać w tempie znacznie poniżej trzech minut na kilometr – prędkości, które bez psa byłyby dla niego nieosiągalne.

Na treningach, gdy biegnie tylko z jednym psem, pozostałe nie kryją emocji. Wyją, szczekają i domagają się swojego udziału. Przed zawodami bywa podobnie; psy są tak zaangażowane i pełne pasji, że wyją z radości na samą myśl o biegu. – To widać – mówi Bartłomiej – one naprawdę chcą tam być!
Sport zaprzęgowy zaprowadził go i jego psy na zawody w Belgii, Szwecji, byli na Litwie, Łotwie, Słowacji, Węgrzech, we Włoszech, Austrii, Niemczech oraz w wielu miejscach w Polsce. – Ludzie, którzy zainteresowali mnie tym sportem, do dziś są moimi przyjaciółmi. Przyjaciele zaprzęgowi, tak o nich mówię. Psie zaprzęgi łączą ludzi. Nieważne, z jakiego świata pochodzimy i jakie mamy poglądy. Dzięki psom potrafimy spędzać razem czas.
Choć na swoim koncie ma wiele startów, sam nie potrafi powiedzieć, ile dokładnie biegów już przebiegł. – Serio, może kilkadziesiąt – śmieje się. Najtrudniejsze momenty przychodzą jednak zawsze pod koniec. – Patrząc na ostatnie mistrzostwa świata, to ostatni kilometr był dla mnie najgorszy. Marley dał radę, po mnie było widać ogromne zmęczenie. Końcówki zawsze są najtrudniejsze. Staram się jednak psom tego nie pokazywać. Zawsze im dziękuję, żeby nie poczuły, że robią mi krzywdę -mówi.

Choć zdarza się, że zajmuje ostatnie miejsce, nie traktuje tego jak porażki. Podczas zawodów we Włoszech starsze psy, mające już 11 lat, pobiegły wolniej. – To była nasza runda honorowa. Było wolniej, to fakt, ale cały czas było widać radość, a to jest najcenniejsze – podkreśla - celebrowałem to.

Bartłomiej nie ukrywa, że to sport, na którym się nie zarabia. – Na tenisie się zarabia, ale nie tutaj. To pasja i ogromne zaangażowanie. Psy kosztują, wyjazdy kosztują, sprzęt kosztuje. Trudno tu mówić o zyskach – dodaje z uśmiechem.
O bezpieczeństwie psów mówi się w tej dyscyplinie coraz więcej, a dla Bartłomieja to absolutny priorytet. Jego żona Agnieszka, również miłośniczka psów z północy, podkreśla, że mąż traktuje psy, jak przyjaciół. Gdy ktoś jest wobec nich agresywny, potrafi stanowczo zareagować. -Bieganie z psami wymaga uwagi, siły i hartu ducha, zwłaszcza gdy inne, swobodnie biegające psy potrafią nagle wbiec naszym pod nogi, a to niebezpieczne przy tej szybkości – dodaje.

Husky jest zrodzony do biegania. Biegnie całym sobą, a w oczach ma błysk i wolność. Trochę jak wilk, który potrzebuje przestrzeni.
Bartłomiej, zapytany o to, czego życzy swoim psom w wigilijny wieczór, odpowiada bez chwili wahania: wspólnego biegania, zdrowia i jeszcze wielu kilometrów razem. Bo w tej historii nie chodzi wyłącznie o medale i miejsca na podium. Chodzi o relację, której nie da się zmierzyć czasem ani przeliczyć na pieniądze.
Więcej o Bartłomieju Sobeckim i jego drużynie można znaleźć na profilu:
https://www.facebook.com/ineshuskyteam
Agnieszka Lubiatowska, foto: Piotr Wajman, arch. Małgorzata Jochymek
